|
Plener malarski w Bieszczadach W dniach 24 – 26 czerwca 2011 roku uczniowie, którzy uczęszczali na zajęcia koła plastycznego wyjechali na 3-dniowy plener malarski. Trasa wiodła przez miejsca, które obfitowały zarówno w interesujące obiekty architektoniczne, jak i piękne miejsca widokowe. Wyjazd rozpoczął się nieciekawie. Przywitał nas dżdżysty dzień. Prognozy pogody również nie były zachęcające. Wyjechaliśmy jednak w dobrym nastroju zostawiając zebranych na parkingu rodziców. Najpierw pojechaliśmy do Rymanowa Zdroju. Gdy wysiedliśmy z autobusu okazało się, że deszcz przestał padać. Spacerowaliśmy deptakiem wzdłuż pięknej rzeczki, obserwowaliśmy kaczki pływające po stawie, podziwialiśmy piękną fontannę i kwietniki zrobione w kształcie zwierząt.   Potem wstąpiliśmy do pijalni wód, gdzie była wystawa malarstwa i rzeźby ludowej. Zrobiliśmy trochę zdjęć, po czym przystąpiliśmy do degustacji wód. Niestety serwowane wody (Celestyna, Klaudyna i Tytus) nie bardzo nam smakowały (niektórym bardzo smakowały). Gdy wyjeżdżaliśmy w dalszą trasę świeciło już pełne słońce. Następne miejsce odwiedzin to Komańcza. Trasa wiodła malowniczymi serpentynami przez opustoszały wsie, przez Jaśliska, które niegdyś były znaczącym miasteczkiem w tym regionie. W Komańczy odwiedziliśmy Klasztor Sióstr Nazaretanek, gdzie w roku 1956 był internowany przez władze państwowe PRL Prymas Tysiąclecia Kardynał Stefan Wyszyński. Odwiedziliśmy pokój, w którym on pracował oraz kaplicę, której się modlił. Siostra Anna opowiadała nam o jego pobycie w Komańczy i o tym, jak tam wyzdrowiał z poważnej choroby. W kaplicy podziwialiśmy piękne witraże. Dom Sióstr jest obecnie remontowany (przywracany jest mu pierwotny wygląd). Na rusztowaniach pracowała właśnie ekipa z Domaradza. To było miłe spotkanie. Na ławeczkach przed klasztorem urządziliśmy sobie pierwszą sesję malarską. Powstało dużo ciekawych szkiców. A potem już z górki pędziliśmy do autobusu, wstępując jeszcze po drodze do Leśnego Domku Matki Bożej, do której często spacerował także Ksiądz Kardynał Wyszyński. Następnie trasą przez Czaszyn i Tarnawę jechaliśmy w stronę Leska. Przed wjazdem do miasta skręciliśmy w stronę Załuża i po kilku kilometrach jazdy dotarliśmy do małego parkingu, skąd wiodła ścieżka do ruin zamku w Sobieniu. Trochę trzeba było się wspinać po krętych schodach ale warto było dotrzeć do punktu widokowego, który tam urządzono. Podziwialiśmy piękną okolicę. Wielu uczniów nie czekając nawet na zachętę wzięło się znów do szkicowania. Zrobiliśmy też mnóstwo zdjęć. Ruiny murów zamku robią naprawdę wrażenie. Szkoda, że historia zamku była taka smutna. Po zejściu z góry pozostało nam już tylko dojechać do miejsca noclegu, tj. do schroniska „Bieszczadnik”. Pokoje były 4-osobowe. Było dużo frajdy przy dobieraniu się w czwórki. Potem trzeba było rozpakować rzeczy, pościelić łóżka (tu były pewne problemy, bo okazało się, że dzieci nie wiedziały do czego służy poszwa zwana kopertą). Jeszcze tylko wziąć prysznic, kolacja i………… no właśnie. Opiekunom wydawało się, że wszyscy odpoczną po ciężkim dniu, ale bardzo się pomylili, bo okazało się, że wszyscy nagle odzyskali siły. Ostatnie odgłosy rozrabiania umilkły ok. 2 po północy (potwierdza to jeden z opiekunów, gdyż nauczyciele czuwali nad snem dzieci na zmianę przez całą noc). Drugi dzień zapowiadał się dość ładnie. Było jednak zimno, więc włożyliśmy na siebie ciepłe ubrania i poszliśmy zwiedzać Lesko. Najpierw wchodziliśmy pod stromą górę, na której był kościół. Podziwialiśmy ciekawą bryłę kościoła. Dalszy spacer odbywał się wybrukowanym deptakiem. Wszystko było ciekawe: stary budynek ratusza, fontanna, kamieniczki, no i wspaniała cukiernia, gdzie od wielu lat sprzedawane są najlepsze w okolicy lody. Wydaliśmy na nie sporo pieniędzy. Ale nie tylko na nie, bo wokół było mnóstwo miejsc (sklepików) do wydawania pieniędzy. Kiedy już wszyscy znudzili się zakupami poszliśmy w stronę synagogi. Budynek synagogi był wybudowany w stylu manierystyczno – barokowym z kamieni i cegły. Stoi w Lesku już kilka wieków, praktycznie prawie od czasów założenia miasta. Na szczycie synagogi znajdują się tablice Dekalogu. Od wielu lat organizowane są tam wystawy sztuki współ czesnej. Obecna wystawa Bieszczadzkie Zadumania gromadzi prace 83 artystów wykonane różnymi technikami. Wystawa bardzo nam się spodobała, szczególnie dlatego, że różnorodność stylów pozwoliła każdemu znaleźć coś, co mu się najbardziej podobało, z czym utożsamia swój sposób widzenia świata i swoje próby jego malarskiego przedstawiania. Po obejrzeniu wystawy należałoby odwiedzić kirkut – żydowski cmentarz, ale zbierało się na deszcz, więc poszliśmy droga w stronę schroniska. Po drodze obejrzeliśmy stary zamek Kmitów, pod którym biegł niegdyś trakt na Węgry. W zamku pisał Aleksander Fredro zachwycając się okoliczną dziką przyrodą. W okolicznym parku zachwyciły nas stare, wysokie drzewa. Kamiennymi schodami zeszliśmy do amfiteatru, gdzie urządziliśmy sobie kolejny piknik malarski. Gdy szkice były gotowe mieliśmy zamiar pospacerować wzdłuż Sanu, ale ciemne chmury oznajmiły nam, że to koniec wypadu, więc biegiem wróciliśmy do schroniska nie unikając niestety lekkiego zmoczenia. Trzeba było się przebierać, suszyć buty suszarkami. Ale gorąca herbata i obiadek szybko postawiły nas z powrotem na nogi. Przed wieczorem znów wyszło słońce i mocno uatrakcyjniło nasz wypad do „słodkiego domku”, który znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie. Serwują tam bardzo dobre słodycze i lody. Zjedliśmy po dużej porcji lodów i długo bawiliśmy się na huśtawkach, zjeżdżalniach i innych atrakcyjnych zabawkach. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z lamą i małymi kózkami. Późno wróciliśmy na nocleg. Po kolacji już nie mieliśmy tyle sił do brykania co poprzedniego dnia, więc około północy nastała cisza. Oczywiście czuwali tylko nauczyciele. Trzeci dzień rozpoczął się z małym poślizgiem, bo dość długo czekaliśmy z bagażami pod schroniskiem na autobus. Dzień zapowiadał się pięknie, chociaż dalej było dość chłodno. Gdy wreszcie wsiedliśmy do autobusu ruszyliśmy w stronę Soliny. Po drodze wysiedliśmy obejrzeć Kamień Leski - owiany licznymi legendami piaskowiec wznoszący się ok. 20m ponad otaczający teren. Dużej dyscypliny wymaga przejście granią nad urwiskiem. W Solinie oczywiście obowiązkowy był spacer po zaporze. Podziwialiśmy widok na jezioro, pływające żaglówki, obserwowaliśmy fale zmieniające się co chwilę pod wpływem zmieniającego się wiatru. Można było dobrze obserwować perspektywę powietrzną. Ponieważ nie było tu warunków do rysowania, wróciliśmy do autobusu i szukaliśmy innego ładnego miejsca widokowego. Znaleźliśmy takie w Polańczyku. Wysoko położony, nieporośnięty szczyt, z którego rozciągał się przepiękny widok na całą okolicę. Wyraźnie widać stamtąd różne zakola i zatoczki zalewu, wysepki, okoliczne góry. Długo malowaliśmy, mimo, że wiatr chciał nam wyrwać z rąk wszystkie kartki. Potem już udaliśmy się w drogę powrotną do domu. W Lesku wstąpiliśmy jeszcze na kirkut, którego nie udało nam się zwiedzić poprzedniego dnia ze względu na deszcz. Na tym cmentarzu żydowskim przetrwało ponad 2 tysiące kamieni nagrobnych. Ze względu na wiek tych nagrobków leska nekropolia uważana jest za jedną z najcenniejszych w Polsce. Na cmentarz wchodzi się wąskimi schodami w górę. Po cmentarzu prowadzą alejki, wzdłuż których znajdują się nagrobki z hebrajskimi napisami. Olbrzymie stare drzewa dodają temu miejscu niesamowitej powagi. Dość długo spacerowaliśmy po alejkach przyglądając się uważnie macewom, gdyż każda z nich miała w swoim zwieńczeniu inny znak. Po wyjściu z cmentarza pojechaliśmy w stronę Domaradza wstępując po drodze do kościoła w Sanoku, gdyż była to niedziela. Tam również spotkała nas miła niespodzianka. Zaraz po zakończeniu mszy świętej wyszedł do nas ksiądz, żeby nas powitać. Bardzo cieszył się z naszej obecności w jego parafii. Po około godzinie już witaliśmy się z naszymi rodzicami na boisku szkolnym tak, jakby nie było nas w Domaradzu co najmniej miesiąc. Ale cóż, gdy więcej przeżywamy, wydaje się nam że dłużej żyjemy. |